Warte uwagi

... mogły szumieć kanalizacyjne rury!!!


Poniższe zdjęcie otrzymaliśmy od pana Andrzeja Kobendzy. Wg dołączonego opisu, jest na nim prof. Jadwiga Kobendzina w rozmowie z gajowym Pieńkiem. Datowane jest ono (wg właściciela) na lata 1960-70. Wnikliwy obserwator "wyłapie" na nim z pewnością kilka charakterystycznych szczegółów.

Pokuśmy się na bycie przez chwilkę bohaterem powieści Conana Doyle'a. Ogólne spojrzenie na zdjęcie i wiemy - rozmowa dwojga ludzi. Znając ich profesję, możemy z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że rozmowa ta dotyczy przedmiotu ich zawodowych odniesień - Puszczy. Przewieszony przez prawe ramię pani Kobendziny chlebak ze skręconym paskiem i dziwnie poplątanym (zepsute?) zapięciem, świadczy, że jest to typowa robocza wizyta.



Podłużny przedmiot, dający biały, rozmyty refleks, widoczny w kieszonce marynarki garsonki - jest trudny do identyfikacji. Przyglądając się jednak bliżej jego sąsiadom, możemy założyć, że jest to skuwka od ołówka lub pióra. Pokrowiec na okulary wyglądający z niej nieśmiało lub może cienki notes oraz wieczne pióro, to następni lokatorzy tego miejsca. Nie może być inaczej. Naukowiec bez ołówka i notesu? Nie do pomyślenia!

A teraz kilka szczegółów innej natury. Apaszka wokół szyi, wpięta we włosy (poprzez fantazyjnie założoną wełnianą czapeczkę) - ozdobna igła, to typowe atrybuty stroju kobiecego. Dziwne?

Interlokutor. Pierwsze skojarzenie - bardzo oryginalna postać. Posiadacz ciężkich spracowanych dłoni i ... sążnistych wąsisków. Postać, którą charakteryzują kontrasty. Piękna, zadbana niemalże galowa służbowa czapka i mocno sterana marynarka (prawdopodobnie robocza), ze smętnie zwisającym naderwanym guzikiem i przetartym kołnierzykiem. Pod szyją, widoczny na powiększeniu, biały guzik od koszuli, przyszyty przekornie czarną nitką.

Nasz Sherlock, patrzący tak wnikliwie, stwierdzi zapewne, iż gajowy Pieniek to typowy człowiek czynu i ciężkiej pracy, nie zwracający zbytniej uwagi na szczegóły codziennego ubioru. No, może poza wspomnianą czapką. Świadczy ona o dumie z faktu, iż jest leśnikiem. Ogorzała, zdrowa cera naszego bohatera potwierdza tezę, że ludzie lasu to "czerstwa" grupa zawodowa.

Patrząc na tę panią, z takim zainteresowaniem i spokojem słuchającą rozmówcy, trudno uwierzyć, iż była ona zdecydowaną, twardą przeciwniczką dla tępego, czekistowskiego pochodzenia "betonu" partyjnego, ulokowanego w KC, miłościwie nam panującej wówczas partii. Partii, jak wykazała najnowsza historia i doświadczenia jej poddanych (czytaj zniewolonych) obywateli, wrogiej nie tylko Im, ale także Przyrodzie.

O walce, stoczonej przez Jadwigę Kobendzinę w obronie Puszczy Kampinoskiej, wie niewielu odwiedzających dzisiaj szlaki turystyczne. My znamy ten znamienny i dramatycznym epizod z Jej życia, z opowieści córki - pani Barbary Kobendzy Abramowicz.

Pomysł, który mógł zrodzić się tylko w głowach chorych albo tępych ludzi, a przeciwko któremu musiała Pani Profesor zaangażować całą energię, autorytet, przebiegłość i zdecydowanie, jest tak upiornie tragiczny - że aż groteskowy.

Panowie partyjni decydenci, w oparciu o wytyczne ze znamienitych zjazdów swojej partii, zawsze brzemiennych w negatywne skutki dla ludzi i środowiska, zdecydowali, że tereny obecnego Parku Narodowego zostaną wykorzystane jako gigantyczna, naturalna oczyszczalnia ścieków dla podnoszącego się z okupacyjnych gruzów, miasta klasy robotniczej - Warszawy.

Potężne rury miały dostarczać nieczystości na szczyty pasów wydmowych. Każdy, zainteresowany budową geomorfologiczną Parku, zorientuje się natychmiast, że pomysł ten mógł doprowadzić do niwelacji wydm (ciekłe spływające nieczystości) i do zatrucia środowiska na olbrzymią skalę, a w konsekwencji do śmierci tego, co dzisiaj nazywamy Kampinoskim Parkiem Narodowym.

Stare porzekadło mówi, "Każdy kij ma dwa końce". Uratowała Pani Profesor ten cud u wrót miasta, "walcząc jak lwica" według słów świadka owych zdarzeń - Jej córki. A co do kija z dwoma końcami?

No cóż, odwrócona od Kampinosu uwaga partyjnych tępaków, skierowała się ku temu, co w zasięgu ręki - ku Wiśle. Następujące po tym twórcze wysiłki "partyjnych autorytetów", pozwoliły globalnym wysiłkiem społeczeństwa i wysiłkiem wielu plenów KC, poprowadzić owe rury w tym właśnie kierunku. Pozostawione w matce ziemi, nie straszyły i nie drażniły a były świadectwem potęgi intelektualnej twórców takiego rozwiązania. To, że przez wielomilionowe miasto przepływa ściek, nie zawstydzało towarzyszy, bo nie widzieli oni różnicy między takowym a rzeką. Nie widzieli też potrzeby budowania oczyszczalni tychże ścieków.

Czy Pani profesor była świadoma, co czeka Wisłę? Z pewnością tak! Wiedziała zapewne, że walcząc o Kampinos, naraża matkę polskich rzek, ale nie miała wyboru. Rzeka, ma większą dynamikę i przez to jest w stanie dłużej znosić zagrożenie. Ta dynamika pozwoli zatem w przyszłości podnieść się jej w momencie, kiedy nastąpią sprzyjające okoliczności. O tym zapewne też wiedziała pani Kobendzina.

Ze światem roślinnym jest inaczej. Tutaj następstwa zatrucia kumulują się w glebie i wieki upłyną, nim umartwiona ziemia, odetchnie pełną piersią.

Nie dziwi zatem miejsce, w którym okopała się Pani Profesor. Patrząc z perspektywy czasu i aktualnego, poprawiającego się sukcesywnie stanu Wisły, widząc poprawę świadomości ludzi mieszkających wokół niej, możemy autorytarnie stwierdzić: Pani Profesor miała rację!

Dzięki Jej determinacji, mamy teraz dwa wspaniałe przyrodniczo obiekty. Naturalną w swoim przebiegu, i coraz bardziej czystą rzekę, oraz odradzający się, cudowny kompleks leśny w jej sąsiedztwie.



Niestety nie ma już Pani Profesor wśród nas. Czy znajdą się tak zdeterminowani obrońcy KPN-u jak Ona? Na horyzoncie pojawia się nowe zagrożenie. Żeby było bardziej ironicznie, nazywane cywilizacyjnym.

Drażni termin "zagrożenia cywilizacyjne". Na jakiej podstawie sądzi się że rozwój cywilizacyjny może nam zagrażać? To raczej brak owego cywilizacyjnego rozwoju jest groźny, dla nas i dla Przyrody. To, że większość patentowanych leni, chce wjechać samochodem do własnej łazienki, nie świadczy o rozwoju cywilizacyjnym. Wręcz odwrotnie! Świadczy o zaniku wszelkich samozachowawczych instynktów w imię tego, co wypada nazwać rozpasanym WYGODNICTWEM!!!

Reasumując. Dzisiaj nie "partyjny beton", jak za czasów Pani Profesor, ze swoimi księżycowymi pomysłami zagraża Puszczy. Groźny dla niej jest pojedyńczy posiadacz wynalazku na 4 kołach. On nie popuści. Żeby zobaczyć rysia, gotów będzie wyasfaltować całą Puszczę, żeby móc jeździć zawsze i wszędzie tym swoim, zabijającym własne serce wynalzakiem. Gotów będzie odgrodzić Puszczę od Wisły tyloma pasmami asfaltu, ile tylko da się zmieścić między owe dwa naturalne światy.

Powstaje pytanie. Co osiągnie taką postawą? Rysia w Puszczy już nie uświadczy, a cały, naturalny system powiązań Puszczy z Wisłą poszatkuje na kawałki. Ale czy ów arogancki w swojej masie, "homo consumens", tragiczny dla Lynx'a i innych mieszkańców Puszczy, bilans swoich działań zrozumie?

Należy wątpić.

Copyright (JH) © Warte uwagi 1998 - 2007.